list w butelce...                            

            Pokonać siebie…

 

            Kolejny dzień z serii ciągle pada… Spoglądam prze okno na zachmurzone niebo i wciąż szukam światła, które nie tyle zmieni moje usposobienie, ale przede wszystkim uzdolni mnie i moje serce do urzeczywistnienia myśli: zjednoczyć się we wzajemnej miłości.

            Człowiek popada w skrajne przyzwyczajenia, które wiele razy niszczą człowieka, gdyż zbyt mocno ufam, swoim przetartym szlakom, na których czujemy taką pewność, że nie myślimy o tym, co może nam zagrażać. Przyzwyczajenia są schematycznym szlakiem naszego życia. Wciąż te same godziny, ten sam czas i te same miejsca powodują, że człowiek staje się bardzo ograniczony, ale jeszcze bardziej przerażające staje się to wtedy, gdy popadamy w skrajne lenistwo, ale nawet niechęć. Po co odkrywać cokolwiek nowego, skoro wiem, gdzie i co jest. Po co mam narażać swoje życie na coś nowego, kiedy mogę nadal przemieszczać się tymi samymi ścieżkami i osiągnąć mniej więcej to samo. Człowiek przez własne przyzwyczajenia staje się mało odkrywkowy. Monotonia wypływająca z przyzwyczajeń powoduje, że człowiek nie ma chęci na osiągnięcie czegoś niebywałego, albo przynajmniej sam zamyka sobie prostszą drogę, do odkrywania radości i niesamowitej ciekawszej części swojego życia. Przykładam zbyt wiele wysiłku do tego, aby nasz plan życia był dostosowany do nas, stawiamy na wygodę, zamiast na możliwości odkrywania czegoś niezwykłego. Przyzwyczajenia budują pewne schematy w życiu człowieka, które mają za zadanie odebrać wszelkie możliwości  zaskoczenia nas czymkolwiek. „Wolę być świadom, tego co mnie czeka…” – ale czy naprawdę. Czasami spontaniczny ton życia powoduje nieoczekiwane jeszcze bardziej optymistyczne sytuacje niż byśmy się tego spodziewali. Przyzwyczajenia niszą w nas moc otwartości. Podam może banalny przykład jednego człowieka, bardzo mi bliskiego: Człowiek ten jest księdzem, od dłuższego czasu boi się wchodzić w jakiegokolwiek typu relacje z ludźmi, posiada w sobie ogromną moc twórczą, duchową i intelektualną, ale jest człowiekiem typu samotnika. Przyzwyczajeniem jego życia jest fakt, że zawsze może liczyć tylko na siebie, sam widzi swoje błędy stara się je na bieżąco naprawiać, ale w gruncie rzeczy spowodowało to, że trudno mu się otworzyć na jakąkolwiek osobę, by to właśnie z nią o tym porozmawiać, o całym jego życiu. Zamknął się, choć może nieświadomie poddał się przyzwyczajeniu, że samemu jest wstanie zrobić więcej. Rzucam wraz z tym człowiekiem kolejny list w butelce: jak pokonać przyzwyczajenia w swoim życiu, by prawdziwie żyć.

            Poszukajmy możliwości odejścia od schematów w życiu i próbujmy możliwie jak najwięcej wlać swobody w nasze postępowania względem innych osób. Może otwórzmy się przynajmniej poprzez gotowość do służenia innym. Możliwie jak najbardziej zrezygnujmy z własnych gotowych rozwiązań w zachowaniach się na pewne sytuacja, nie kontrolujmy zachowań, nie oceniajmy innych, nie szukajmy dziury w całym, bądźmy gotowi do zjednoczenia się z człowiekiem stawiając Jezusa pośrodku. Wiem jak wiele wyrzeczeń nas czeka, jak wiele razy nic nie dotrze do człowieka, choć będziemy się starali z całych sił osiągnąć zgodę, radość z innymi. Nie bójmy się kłód pod nogami, one nas umocnią, sprawią, że będziemy gotowi na coraz większe poświęcenie, ponieważ będziemy widzieli, że ten człowiek ma jeszcze nie zdobyte serce. Jeśli kochasz prawdziwe człowieka, jego serce, to żadna przeszkoda nie odepchnie cię od niego, wręcz przeciwnie wszelkie przeszkody będą wzmagały konieczność podboju serc ludzi, na których nam faktycznie zależy. Nie zrażajmy się przeciwnościami, próbujmy wciąż od nowa jak nam nie wyjdzie pamiętajmy, że musimy tak długo się starać, aż zjednoczymy się wzajemnie. Przełam siebie, swój sposób myślenia, działania. Pozwól Bogu w tobie oddziaływać na serce człowieka, na którym ci zależy. Módl się, ofiaruj Bogu swój trud w intencji tego człowieka, staraj się nie poddając się w żadnym momencie.