|
|
|
Samotność... |
|
Chciałbym odpowiedzieć na pewne słowa, które pojawiły się na moim blogu: „czy nie odczuwa Ksiądz pewnego rodzaju samotności...? Wiem, powołanie, Bóg, inna bajka…, ale choćby zwykłe przytulenie, bycie obok bliskiej osoby...” Może zacznę od tego, co mi towarzyszyło, gdy to przeczytałem. Obawa, z tego powodu, że nie będę wstanie wyjaśnić tego, co czuję i myślę. Moje nieprecyzyjne słowa wprowadzą zamęt i niezrozumienie. Boję się podtekstów, aluzji i braku obiektywności co do tego, co napiszę. Wiem, że często rozumienie pewnych spraw zależy przede wszystkim od człowieka, od jego rozumowania, przeżyć i wyobrażeń. Dlatego, tak często, gdy spotkają się dwie osoby i zaczną rozważać jakiś temat, trudno im odejść od ich własnych wizji, wyjść poza siebie i znaleźć wspólne rozwiązanie, które będzie tym najdoskonalszym, z tych dwóch. Czym jest samotność? Zacznę od tego, co moim zdaniem jest błędne. Rozumienie samotności, jako bycie samemu, nie jest ani wolą Bożą, ani ludzką naturą. Jeśli rozumiemy samotność jako wyizolowanie człowieka od pozostałych osób, to czujemy po własnych doświadczeniach, że fizycznie jest to trudne, albo wręcz niemożliwe. Na pewno jest to nie naturalne, być może nawet nie normalne. Dlatego wydaje nam się samotność w innym znaczeniu również nie normalne. Bycie samemu, nie oznacza samotności! Musimy wyłączyć w swoim myśleniu takie spojrzenie na samotność. Gdyż nawet, gdy się pojawi w naszym życiu nie zrozumiemy jej, gdyż automatycznie z obawy przed nienormalnością po prostu ją odrzucimy. Bóg wybierając człowieka daje mu narzędzie – w tym przypadku samotność, aby dzięki niej mógł bardziej zrozumieć siebie, życie, które może zyskać na wartości tylko wtedy, gdy człowiek sam odkryje jego wartość i będzie czynił wszystko, by ona w nim przyniosła owocem, a nie izolację. Samotność nie jest ucieczką, schronieniem przed obawami, tylko narzędziem obiektywizacji świata, życia, wartości... Aby zrozumieć samotność, trzeba dostrzec w niej możliwość doskonalszego realizowania własnego życia i głębszego bycia dla innych. Trudno zrozumieć samotność jako możliwość bycia bardziej dla innych osób. Ksiądz nie obiera życia w samotności, aby uciec od ludzi – sami widzicie po „pracy” księdza, że jest to nie możliwe, wręcz bezsensowne. Samotność choć związana jest z życiem każdego człowieka, to jednak dla księdza jest to szczególne narzędzie, które pomaga mu wzrastać w zjednoczeniu z Bogiem, potem w kontekście innych ludzi, bardziej służyć innym. Jako ksiądz nie jestem samotny. Realizując powołanie, którym mnie Bóg obdarzyły, wykorzystuję samotność jako – czas i miejsce – głębokiego zjednoczenia się z Bogiem, by zrozumieć i starać się realizować w sposób doskonały wolę Bożą. Moja samotność to przylgnięcie do Boga, któremu ofiarowuje się w pełni, do końca, we wszystkim. To pozwala mi, w każdej chwili czynić wszystko dla Niego. Jednak samotność, którą wybrałem jako ksiądz – to zrezygnowanie tylko z jednej osoby – a mianowicie żony. Bóg nie pragnie, abym nikogo nie kochał, z nikim się nie spotykał, nikogo nie poznawał. Wręcz przeciwnie – jedynie, czego ode mnie pragnie to tego, abym Jego kochał najbardziej i Jemu służył jako w małżeństwie mąż wobec żony i na odwrót. Samotność służy czemuś konkretnemu. To moje myślenie będzie jeszcze trudniejsze do zrozumienia, ale nie chce posługiwać się historią, czy mądrościami z książek, ale moim „zwyczajnym, może trochę głupim rozumieniem” Samotność jest przypisana każdemu, choć w różnej formie się realizuje. Ani mąż, ani żona (przynajmniej rzadko tak bywa) nie przebywają wciąż ze sobą, ale to nie znaczy, że jak ich nie ma przy sobie – to są samotni, prawda? Ich źródłem miłości jest Bóg. Otrzymując tą miłość wykorzystują ją i ofiarowują sobie nawzajem jako małżonkowie. Ksiądz natomiast swą miłość również zakorzenia w Źródle jakim jest Bóg, a otrzymaną miłością służy wszystkim w równym stopniu przez własną posługę. „Któż jest moją matką, moimi braćmi…” (Mt 12,48 i Mk 3,33). Dla mnie „żona” to każdy człowiek, któremu służę przez moją sakramentalną posługę. Jako ksiądz nie mam żony, ale to nie oznacza, że jestem samotny, że nie mam dla kogo żyć. Bóg stwarza przede mną szerokie perspektywy, w których ujęci są wszyscy ludzie, do których zostanę w jakikolwiek sposób posłany. Samotność mnie stwarza – to znaczy, że przez „moją samotność” uczę się być i staram się być dla wszystkich, nie ograniczając się do jednej – konkretnej osoby. Mąż poświęca się w pełni żonie (i na odwrót) i są dla siebie najważniejsi – choć mają swoich znajomych, bliskich, czy przyjaciół. Samotność, w której żyję pozwala mi objąć miłością („tak jak małżonkowie w małżeństwie”) wszystkie osoby. Dzięki samotności jestem księdzem – „sługą wszystkich”. Samotność mnie rozwija – dzięki takiemu życiu, swoją ofiarnością, modlitwą i służbą obejmuję wszystkich ludzi, których kocham ze względu na Chrystusa, który jest centrum mojej miłości. Samotność pozwala mi zrozumieć Boga, a dzięki temu lepiej przyjmuję każdego człowieka. dzięki samotności odczuwam głębsze zjednoczenie z każdym cżłowiekiem i większe możliwości pomocy tym, których Bóg mi postawi na drodze. Samotność jest sztuką kochania – w małżeństwie jednym z wielu wyrazów miłości, sympatii jest owe „przytulenie, bycie obok bliskiej osoby” itd. Objawem mojej samotności jest gotowość do duchowego dźwignięcia każdego człowieka, obejmowanie go i bycia blisko niego... To może wam się wydawać trudne do zrozumienia, ale ja staram się szczególnie swoją „pracą i posługą” być bliski każdemu człowiekowi. Jeśli człowiek ma fizyczną potrzebę bycia przytulonym przez kogoś, czy bycia bliskim komuś, to czyni to w sposób naturalny, względem tych, których kocha, szanuje. Patrząc na przyjaciół, którzy się wspierają, są sobie bliscy, w oznace sympatii przytulę się, to jest to normalne. Kiedy spotkam bliskich mi ludzi, nie witam się z nimi sztywną regułą, wyciągniętą ręką. Obejmuje ich, jestem im bliski, a oni mnie. To przyjaźń, oznaka sympatii, szacunku – miłości realizującej się w przyjaźni wobec ludzi. Samotność – to nie życie bez ludzi. Kochajmy nie dajmy się zwariować – każdy ksiądz ma bliskie osoby, przyjaciół, znajomych. Cieszę się, że dzięki mojej samotności mam przyjaciółkę, znajomych, bliskich. Wśród wielu ludzi, których znam z jednymi jestem związany przez parafię, z innymi jeszcze z czasów szkolnych, czy studiów. Normalnie jak każdy człowiek. Otaczają mnie zewsząd różni ludzie, ale nie wszyscy być może będą bliscy dla mnie jako człowieka. trudno, aby idąc do szkoły, „do miasta”, do kościoła – przytulał wszystkich, był im bliski... Pewnie w sensie chrześcijańskim byłoby to bardzo piękne. Obawiam się jednak swoich i innych osób reakcji. Czasami względem niektórych jestem prostym księdzem, a względem innych przyjacielem, bliskim, znajomym i księdzem. Kiedy spoglądam na Jezusa, który oddala się na miejsce – osobno, to nie widzę samotnej postaci, ale przez modlitwę, ofiarę – Jezusa w samotności jest bliższy każdemu z nas, niż my sami dla siebie. Podróż przez życie, to chwila po chwili, właśnie w tych chwilach Bóg daje mi ludzi, z którymi jestem jak mogę, a gdy wracam do domu, to jestem im jeszcze bliższy, bo oni modlą się za mnie, a ja za nich. Boża samotność nie pozbawia normalności. Kochani często źle interpretujemy znaki. Jak słucham, przynajmniej niektórych osób, to czuję, że jest w nich problem seksualności. To jest Boży dar i oczywiście nie należy się go ani wstydzić, ani udawać, że się go nie ma. Ale kochani – przytulanie, bliskość – to nie od razu wyraz sfery seksualnej – to dlaczego takie dziwne stwierdzenie – to ksiądz nie może nikogo przytulić, bo ktoś ma dziwne wytłumaczenie tego znaku, który przecież wyraża troskę, odpowiedzialność, serdeczność, przyjaźń, ufność i miłość. Skoro Chrystus zachęcał, aby żyć miłością to ksiądz nie jest z tego zwolniony. Jeśli cię kiedyś przytulę to wiedz, że czynię to z miłości Chrystusowej! Samotność w życiu księdza nie jest zagłuszaniem żadnej funkcji człowieka. dzięki owocnej samotności staram się coraz doskonalej oczyszczać każdą sferę mojego życia, jednocześnie poświęcając ją Bogu. Boję się niedomówień, dwuznaczności itd., dlatego moją samotność wykorzystuję do krystalizowania Bożej miłości w tym co robię, mówię, o czym myślę. Często nad interpretujemy oznaki ludzkich zachowań. Nie możemy uogólnić i wszystkich oceniać według tych samych norm. Inaczej realizuję swoją seksualność nastolatek, a inaczej osoba dojrzała, choć to ta sama seksualność. W jednym przypadku (np. zakochani) przytulenie będzie oznaczało zupełnie inne doświadczenie niż jak będą się przytulać przyjaciele. Za znakami naszych emocjonalnych nastrojów, stoi też przestrzeń życia, w której się znajdujemy i którą realizujemy. Post scriptum Jako ksiądz odczuwam „pewnego rodzaju samotność”, ale jest ona owocna i ubogaca moje wnętrze, jako człowieka i księdza. Mając znajomych i przyjaciółkę – przytulenie, bycie blisko tych osób – są wyrazem mojej sympatii, przyjaźni, serdeczności, odpowiedzialności, współczucia, bezpieczeństwa. Moje życie ma styczność z innymi osobami w pełni klarownej relacji, która jest realizowaniem prawdziwej miłości chrześcijańskiej. kiom
|
|
menu główne
|
||
(c) ks. Dominik Poczekaj (+DC)