Wartość naszego działania

 

 

 Słowo życia tego miesiąca niech nam pomoże w odkrywaniu na nowo wartości każdego naszego działania: od prac domowych, na polach i w biurze po załatwianie spraw urzędowych, wypełnianie obowiązków szkolnych, jak też w zaangażowaniu na polu społecznym, politycznym czy religijnym. Wszystko to może się przekształcić w służbę bardzo staranną i uczynną. (Słowo życia – październik)

Pewna osoba, kiedyś, tak do mnie napisała:

            Dlaczego nie ma możliwości ucieczki od tego zgniłego świata? Jest mi ciężko! Boje się kolejnego dnia, że znów coś się nie uda! Chce być wolna, chce być traktowana jak człowiek chce sama zacząć myśleć o sobie. Chce być wolna, sama jakoś żyć. Nie lubię jak ktoś coś robi za mnie! Jestem osobą, która lubi pracować sama, ponieważ w przeszłości widziałam, że nie można na nikogo liczyć, bo nie zrobią tak jak ja chciałam! Wiem, że to straszne, że tak robię, że nie daje szansy. Pamiętam jak kiedyś mieliśmy jakieś spotkanie. Wszyscy siedzieli i się świetnie bawili, a ktoś się ruszy? Dopiero później, gdy juz się uporałam z tym, że nikt nie pomoże. Zaczęłam sama, wtedy, gdy już się właściwie zamknęłam na ludzi, pojawili się ci, którzy chcieli mi pomóc! A chciałam wcześniej ich pomocy no cóż...

            Trudna jestem - może nawet i egoistyczna jestem,  trudno jest się otworzyć na ludzi jak nigdy, właściwie nie miałeś i otrzymywałeś w przeszłości pomocy!

            Przecież ksiądz wie doskonale, że to nie takie proste "otworzyć się" Ksiądz też na pewno lubi pracować sam! A ja tym bardziej jeśli wiem, że ta osoba nie spełnia Mych oczekiwań (brzydko to brzmi, ale cóż). Przyznam, że praca jest raźniejsza weselsza jak jest czyniona wspólnie, z osobą, którą znasz i wiesz ze na nią możesz liczyć!

            A co zrobić z natrętnymi osobami, które są zadufane w sobie i myślą ze są najlepsze i najpiękniejsze, a tak nie jest? Co zrobić, gdy ich pomoc na nic się przyda?

            Postaram się w miarę moich możliwości odpowiedzieć na ten list, oraz pogłębić niektóre wątki tego listu. Kochani będę się zwracał do was wszystkich, bo podejrzewam, że to nie kwestia jednej osoby, która podobnie myśli i stawia takie pytania.

            Świat – miejscem naszego bytowania.

            Dlaczego nie ma możliwości ucieczki od tego zgniłego świata? Jest mi ciężko! Boje się kolejnego dnia, że znów coś się nie uda!

            Może najpierw o tym zgniłym świecie… Kochani życie, które nas spotyka w dużej mierze zależy od nas. Nie zawsze to, co dzieje się w sensie fizycznym w naszym życiu ma decydujący wpływ na całe nasze życie. Musimy odkrywać najpierw świat życia, jako wyzwanie, w którym musimy podejmować walkę. Świat nie jest wolny od zła, niedoskonałości i pewnych skrzywień. Musimy jednak obiektywnie spojrzeć na siebie, na siebie w tym świecie i osądzić kwestie: na ile mam rzeczy bezpośredni wpływ. Życie zatacza wokół nas swoją orbitę i jakby nie patrzeć My – jako osoba stoimy pośrodku całej akcji, która rozwija się w świecie. Dzieje świata toczą się wciąż wokół człowieka. Bóg stworzył człowieka i postawił go w raju, aby stanowił centrum tego świata. Ukazał mu sposób życia i wykorzystywania świata dla dobra nie tylko własnego, ale przede wszystkim dla dobra harmonii, w której umieścił człowieka. Człowiek w pewnym momencie zadecydował inaczej, niż wskazywał na to Bóg i w ten sposób człowiek zniszczył istniejącą harmonię. Każdy z nas dźwiga dziś konsekwencje tamtych decyzji. Musimy zdać sobie sprawę, że to nie świat nas przygniata, ani nawet sytuacje, które się toczą w naszym życiu, ale to ja z moimi decyzjami, myślami i pragnieniami zmian świata w taki sposób, który nie jest racjonalny i rzeczywisty. Wielu ludzi ucieka z tego świata w fantazję, którą roi sobie w głowie. Niestety, ta ciągła sprzeczność pomiędzy światem realizmu, a fikcją będzie dokonywał w naszym myśleniu gwałtu na naszej osobowości i pragnieniach. Musimy starać się odkrywać swoje miejsce w tym świecie, świecie realnym. Dziś świat to w zasadzie dysharmonia, stale kleimy popękane elementy właśnie tamtej harmonii. Bóg stwarzając człowieka, uwzględnił jego wolną wolę, ufając mu uczynił go istotą mądrą… W pojęciu fizycznym świat nadal jest porozrzucaną układanką, ale w sensie wiary, Jezus jest Tym, który scalił i wskazał jak jednoczyć te elementy i dążyć do harmonii – Nieba. Świat jest podróżą po dysharmonii do momentu doświadczenia całkowitej harmonii. W tym stanie – harmonii – jesteśmy tylko jednym z wielu instrumentów, które muszą współtworzyć z innymi całość. Zamiast uciekać od świata, stawmy czoła naszym fizycznemu niedomaganiu poprzez podejmowanie ciągłych prób skomponowania własnej melodii życia w harmonii z światem. Oczywiście w tym ciągłym próbowaniu jesteśmy narażeni na niepowodzenie, jednak to ono daje nam siłę i motywację do ciągłego rozpoczynania od nowa. Życie stawia wobec nas sytuacje, które często źle podejmujemy stąd pojawiająca się niechęć, lęk przed światem i życiem. Dziś, kiedy odrywam Boga jako mojego Przyjaciela, mam dokonywać ciągłego zjednoczenia z Nim, by móc podołać dysharmonii świata, przez jedność ducha. Odkrywanie życiowego motta, jakiegoś duchowego wyznacznika, człowieka, dzięki któremu o wiele pewniej kroczy przez życie oddając się w pełni realizacji woli Bożej, którą ma rozpoznawać w tych właśnie (również trudnych) sytuacjach. Nic, co dzieje się w naszym życiu nie jest dziełem przypadku. Jezus ma swój plan wobec nas, w którym my musimy się odnaleźć, aby żyć pełnią życia i aby w tym świecie rozdarcia umieć podejmować działania na rzecz zespolenia elementów naszego życia. Kolejna myśl, która mi się rodzi, to fragment z listu św. Pawła - 1 Kor 7,31 „…ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata.” Rozumiem ten fragment, jako zachętę do korzystania z tego świata, ale kierowania się innymi zasadami niż ten świat. Żyć w tym świecie, ale jakby poza tym światem… Ten fragment daje mi niezwykłą podpowiedź, co do wolności, której tak często do końca nie rozumiemy. 1 Jan 2,15 – „Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie! Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca.” Wiem, że to jest trudne do zrozumienia, a już na pewno do świadomego przyjęcia i realizowania. Dlatego chce nad tymi fragmentami w kontekście wolności się zatrzymać.

            Wolność…

            Chce być wolna, chce być traktowana jak człowiek, chce sama zacząć myśleć o sobie. Chce być wolna, sama jakoś żyć.

            Wzrastamy w atmosferze tego świata, nikt nie ukazuje nam bardziej odpowiednich rozwiązań, dlatego korzystamy z tego, co mamy pod ręką. Jakiekolwiek inne rozwiązania wolności, dla każdego człowieka są tak trudne, że nikomu się nie chce podejmować takich decyzji, które by człowieka faktycznie uwolniły i uczyniły go faktycznie wolnym. Są one zbyt wymagające, aby człowiek akurat taki sposób rozwiązania powziął. Wiara – Bóg – czynią człowieka wolnym, lecz jest to droga wymagań, zrozumienia… Dziś, każdy z nas, chce stanowić indywidualność, co jest na dłuższą metę zgubnym pragnieniem. Do świętości kroczy się we „dwoje”. Przez drugiego człowieka do świętości. Odkrywamy sens wolności w byciu z drugą osobą. Niestety źle pojęta wolność, chce raczej wyzwolić w nas duch egoizmu, a nie ducha wspólnotowego. Kiedy spojrzymy na sytuacje w Biblii, możemy na podstawie niektórych fragmentów odnaleźć prawdziwy sens wspólnoty (Uczniowie z Emaus, Winna latorośl, Zjednoczenie z Chrystusem, Zesłanie Ducha św. itp.) Wspólnota to zdrowe uzależnienie swojej osoby od innych. Wspólnota daje wciąż doświadczenie ubogacające. Oprócz mojej służby na rzecz wspólnoty, również moja osoba zostaje ubogacona przez wspólnotę. Niekiedy potrzebujemy ogromnego wkładu w życie wspólnoty, aby w jakimś czasie doświadczać dobra, które rodzi się we wzajemności. Wolność dotyka również sfery kształtowania własnej osobowości, przez możliwość dokonywania wyborów i rozwijania swojego sposobu myślenia i działania. Człowiek młody ma ochotę decydować we wszystkich sprawach dotyczących własnego życia i odkrywać wolność, która przygotuje go do odpowiedniego egzystowania w tym świecie, w konkretnym społeczeństwie i rodzinie. Istnieją jednak problemy wychowawcze, które egzekwują rodzice. Mam tu na myśli, nie przygotowywanie własnych dzieci do odpowiedzialności za swoje wybory, czyny, co prowadzi do tego, że młody człowiek nie może sam kształtować swojego świata, w którym coraz częściej popełnia błędy z tej racji, że nikt nie nauczył go żyć w rodzinie, na zasadach własnych praw i obowiązków. Usamodzielnienie, to w zasadzie jedno z najważniejszych pragnień nastolatka… Wiemy, że "jesteśmy" na tyle, na ile "jesteśmy dla drugich". Wolność maluje nam się jako swobodne działanie według swoich planów, zasad. Czy tak możemy pojmować wolność… Wolność źle pojęta staje się samowolnie zniewoleniem. Człowiek, który sztucznie chce wytworzyć swoją wolność, w gruncie rzeczy brnie w takie sytuacje, które go zniewalają, przez sam się ogranicza. Dla mnie najrozsądniejszym narzędziem czyniącym wolność, jest dialog. Tutaj niestety uderzam w stronę rodziców jak i dzieci. Nie umiejętność prowadzenia dialogi we własnym domu prowadzi, do nie pohamowanego gniewu, wręcz nienawiści i mało skutecznej wolności. Musimy wzbudzić w sobie szczere pragnienie dialogu, gdyż w takiej sytuacji jesteśmy wstanie pojąć, czego oczekuje ode mnie druga osoba, ale przez to też, ja będę wychodził z postępowaniem, które uszlachetni innych i ich ubogaci. Hasło: chcę dziś być wolnym… nie ma jakby racji, gdyż ta wolność istnieje, ale musimy ją logicznie podjąć, a zarazem prowadzić w dialogu. Często postępowanie rodziców zakłada tylko i wyłącznie ich rację, co z góry przekreśla dialog… Musimy starać się o odnowienie ducha naszych relacji, które łączą nas, jako rodziny. Bez tego nic się nie zmieni i niczego nie osiągniemy… Powtarzamy system naszych rodziców, nie zmieniamy mentalności i sposobu reagowania i rozwiązywania pewnych spraw, przez co nasze życie ulega osłabieniu. Kochani przecież życie biegnie w zawrotnym tempie, a my wciąż żyjemy jakby nic się nie działo, otwórzmy oczy na sytuacje i dostosowujmy się do potrzeb obecnego czasu.

            Jak działać

            Nie lubię jak ktoś coś robi za mnie! Jestem osobą, która lubi pracować sama, ponieważ w przeszłości widziałam, że nie można na nikogo liczyć, bo nie zrobią tak jak ja chciałam! Wiem, że to straszne, że tak robię, że nie daje szansy. Pamiętam jak kiedyś mieliśmy jakieś spotkanie. Wszyscy siedzieli i się świetnie bawili, a ktoś się ruszy? Dopiero później, gdy juz się uporałam z tym, że nikt nie pomoże. Zaczęłam sama, wtedy, gdy już się właściwie zamknęłam na ludzi, pojawili się ci, którzy chcieli mi pomóc! A chciałam wcześniej ich pomocy no cóż...

            Najpiękniejsze i najbardziej owocne działanie jest wówczas, gdy czynimy coś razem z inną osobą. Zdajemy sobie sprawę, że do takiego działania potrzeba dwóch, bardzo do siebie podobnych – przynajmniej w działaniu ludzi. Musimy uporać się z takim sposobem myślenia – mianowicie, że sam jestem w stanie najlepiej wszystko zrobić, bo wiem czego oczekuje itd. Sama idea działania jednak nie jest najważniejsza. Ważne, ale nie najważniejsze jest co robimy i ile robimy, ale najistotniejsze jest jak to czynimy… Wartość naszego działania, uzależniona jest od włożone serca w to działania, aniżeli sił, ofiary itd.

            Jeśli wartość naszego postępowania będziemy uzależniali od innych osób, to często nie będziemy zadowoleni z takiego obrotu sprawy, a już na pewno nie będzie w nas radości z tego, że coś nam faktycznie wyszło. „bo nie zrobią tak jak ja chciałam” – pewnie, że tego nie zrobią tak jak my. To jest owo bogactwo różnorodności natury człowieka. każdy z nas ma inne podejście do pewnych spraw, inny stosunek wobec wartości i inne doświadczenia, które wlewają koloryt w nasze działanie. Otwartość na innych, za każdym razem będzie ubogaceniem, gdyż za każdym razem mamy szansę poznania czegoś nowego, widzianego innymi oczyma, uczynione innymi rękoma. Jeśli będziemy bazować tylko na swoim doświadczeniu i swoich możliwościach, może się tak stać, że w jakiejś sytuacji nie będziemy potrafili zrobić czegoś, rozwiązać jakiejś sytuacji, gdyż będziemy zbyt zamknięci na innych, a zbyt otwarci na siebie. Baza naszych doświadczeń tkwi w sercu innych ludzi, przyjmując ich, otwieramy ich serce i bogacimy się skarbem, który w nich jest zawarty. Czasami musimy stworzyć odpowiednie warunku do tego, aby inni nam pomogli. Brzmi to trochę naiwnie, ale jeśli inni nie czuję, że my potrzebujemy ich pomocy, to musimy stworzyć odpowiedniej atmosfery, aby im właśnie to pokazać. Czasami wyraźne zachowanie, wskazówki i czy prośba o pomoc, to właśnie one wskazują innym nasze pragnienie… Nasze działanie ma pobudzać niewzruszone ku pomocy serca. Otwórzmy się na tych, których serca są skostniałe, aby uczynić je bardziej wrażliwymi i pomocnymi.

            Wartość każdego działania

            Trudna jestem - może nawet i egoistyczna. Trudno jest się otworzyć na ludzi jak nigdy, właściwie nie miałeś i otrzymywałeś w przeszłości pomocy!

            Przecież ksiądz wie doskonale, że to nie takie proste "otworzyć się" Ksiądz też na pewno lubi pracować sam! A ja tym bardziej jeśli wiem, że ta osoba nie spełnia Mych oczekiwań (brzydko to brzmi, ale cóż). Przyznam, że praca jest raźniejsza weselsza jak jest czyniona wspólnie, z osobą, którą znasz i wiesz ze na nią możesz liczyć!

            Nie wszyscy, którzy nam towarzyszą są tymi, których od razu znamy, którzy są nam bliscy. Wciąż otaczamy się ludźmi, którzy towarzyszą nam, stają się nam bliscy przez to, że ich coraz bardziej poznajemy, stają nam się rzeczywiście bliscy, przez to, że coraz więcej wiąże nas z nimi, czy to przez kontakty zawodowe, uczniowskie, partnerskie, koleżeńskie itp. Musimy przełamać nasz sposób myślenia i traktowania innych osób. Nie możemy budować wokół siebie muru niedostępności z nieufności, braku szacunku i braku otwartości. Musimy oczywiście wiedzieć przed kim się otwieramy. Wręcz niewskazane jest, abyśmy zbyt pochopnie otwierali się całkowicie na każdego człowieka. Ufność i otwartość – to cechy, które w początkowej fazie relacji powinny nam wszystkim towarzyszyć. Zobacz sama, że istnieje pewna sprzeczność pomiędzy tym, co mówisz, a czego pragniesz – z jednej strony twierdzisz - Trudna jestem - może nawet i egoistyczna. Trudno jest się otworzyć na ludzi jak nigdy, właściwie nie miałeś i otrzymywałeś w przeszłości pomocy! a z drugiej strony - Przyznam, że praca jest raźniejsza weselsza jak jest czyniona wspólnie, z osobą, którą znasz i wiesz ze na nią możesz liczyć! Mam pytanie tutaj, to skąd pragniesz wziąć owych ludzi, z którymi praca czyniona wspólnie jest raźniejsza, weselsza… Musimy podążać z ludźmi jedną drogą i wspólnie się uczyć. Dopiero po jakimś czasie możemy uzyskać taki właśnie efekt – chętnej współpracy. Na pewno największą krzywdę, którą możemy uczynić sobie – to fakt stawiania warunków i oczekiwań… Taka postawa będzie wciąż rodziła złe konsekwencje, gdyż żadne człowiek nie będzie nas wstanie w 100% zadowolić. Zawsze będziemy mieli inne pragnienia i oczekiwania niż drugie osoby. Ważne jest, znowu tu powtórzę, aby otworzyć się na osoby, które mamy w swoim otoczeniu. Chęć pozyskani tych osób sprawi, że nasze postępowanie będzie przełamywało egoizm na rzecz owej osoby, jej poglądów, doświadczeń i horyzontów. Zyskać inną osobę, to w gruncie rzeczy pogłębić swoją osobę, swoje doświadczenia i osobistą wiedzę. Zyskując człowieka, otrzymujemy klucz, który pozwoli nam otworzyć kolejne drzwi w naszym życiu prowadzące nas do głębszego realizowania swojego życia.

            Działanie służbą

            A co zrobić z natrętnymi osobami, które są zadufane w sobie i myślą że są najlepsze i najpiękniejsze, a tak nie jest? Co zrobić, gdy ich pomoc na nic się przyda?

            Podoba mi się stwierdzenie, które nakreślił Jan Paweł II w innym może kontekście, ale warto rozszerzyć na inne sytuacje również to stwierdzenie: „dar i zadanie…” Bycie przy innej osobie, to wciąż otrzymywanie czegoś od niej, ale często jednak musimy również sami coś ofiarować. Tak często liczymy na pomoc innych, ale również inne osoby potrzebują, choć nie zdają sobie może sprawy z tego, naszej pomocy.  owi natrętni ludzie, to wyostrzony zmysł naszego sumienia, to oni wiecznie będą deptać nasze sumienie i zmuszać do stawiania pytań, a jak inni mnie widzą, jak mnie oceniają, czy nie jestem taki sam. Musimy przyjmować każdą pomoc innych osób, gdyż w tej pomocy najdrobniejszej przychodzi ludzkie serce. Nie co, nie ile da człowiek, ale jak – to jest najistotniejsze. Przyjęcie człowieka, nawet niepotrzebnej pomocy sprawi, że moje serce pobudzi się do głębszego kochania tej właśnie osoby. Sama jej obecność jest dla mnie darem, nie jestem sam, Bóg ofiarował mi towarzysza na tym odcinku mojej drogi, może ten człowiek mnie czegoś nauczy, może coś usłyszę, coś sobie uzmysłowię. Nie ma ludzi niepotrzebnych, wszystko zależy od tego jak ich przyjmiemy…

 

 

 

 

 

 

 

 

  menu główne

 

(c) ks. Dominik Poczekaj (+DC)