Zagłuszona codzienność

 

 

Nasza historia życia spleciona jest z wielu wydarzeń, spotkań, doświadczeń, w których albo szliśmy za jakimiś pragnieniami, albo odczytywaliśmy to, jako znak woli Bożej. Każdy z nas wciąż staje przed historią swojej osoby i zadaje sobie bardzo konkretne pytanie: JAK USŁYSZEĆ BOGA? To pytanie dziś razem z wami stawiam sobie również ja. Odkrycie swoich zadań (powołania) tym bardziej nie pozwala spocząć mi w jednym miejscu i odpoczywać, lecz mobilizuje mnie do tego, aby stale w miarę swojego duchowego i emocjonalnego wzrostu rozpoznawać, stale objawiającą się nam wolę Boga. Bóg każdego dnia kieruje do człowieka ciągle nowe wezwania. Wypływają one z osobistych pragnień i potrzeb człowieka, z potrzeb i pragnień innych ludzi, z potrzeb królestwa Bożego.

Nasza zdolność szukania i słuchania, rozeznawania i pełnienia woli Bożej jest najpierw łaską – darem, który otrzymujemy od Boga, dopiero na drugim miejscu jest – naszym zadaniem, wysiłkiem, naszym darem dla Niego. W tym względzie – szukanie i pełnienie woli Bożej – domaga się od człowieka odkrycia prawdziwego obrazu Boga, który zawsze jako pierwszy daje człowiekowi wszystko. Nasze pełnienie woli Bożej jest przyjmowaniem i oddawaniem Bogu tego, co wcześniej otrzymaliśmy. „Chory obraz Boga” sprawia, iż chore również jest nasze szukanie woli Bożej.

W szukaniu i znajdywaniu woli Bożej muszą spotkać się dwa zasadnicze elementy: działanie Boga oraz ludzki wysiłek. Konieczne są oba elementy. Wszelkie błędy w szukaniu, znajdowaniu i pełnieniu woli Bożej wynikają z niedocenienia, pomniejszenia lub wręcz lekceważenia jednego z tych dwu elementów.

Nie mogę doświadczyć Boga w pośpiechu.

                Nasza codzienność, to ciągłe wzrastanie w warunkach, które nie sprzyjają najlepiej w odczytywaniu woli Bożej. Kultura dzisiejszego świata to niewątpliwie wielość bodźców, wrażeń, propozycji konsumpcyjnych, pośród których wypada nam dzisiaj żyć. Ograniczone możliwości ludzkiego poznania sprawiają iż człowiek nie jest wstanie skoncentrować się jednocześnie na wielu bodźcach zewnętrznych (zmysłowych) oraz wewnętrznych (duchowych). Im bardziej jest on zależny od bodźców zewnętrznych, tym mniej jest jednocześnie otwarty i wrażliwy na bodźce wewnętrzne.

                Nasza codzienność jest o tyle trudna, gdyż brakuje w niej wyciszenia, refleksji, zadumy nad sobą i swoim życiem. Dziś każdy z nas jest nieustannie bombardowany bardzo wieloma bodźcami zmysłowymi. Wielość tych bodźców oraz ich siła powodują, iż psychika ludzka nie jest wstanie ich strawić, dlatego też człowiek uczestniczy w jakiejś „pstrej kakofonii audiowizualnych informacji” (Andre Frossard), która wprowadza go w stan ciągłego napięcia. Wygłuszenie tych bodźców popycha jedynie do ponownego szukania bodźców zmysłowych, zwykle coraz silniejszych i mocniejszych. I tak powstaje „błędne koło”, które sprawia, iż wielu ludzi nie odczuwa dzisiaj jakichkolwiek potrzeb duchowych. Życie w tym błędnym kole odbiera nam możliwość spokojnego wchodzenia w świat duchowy.

                Znaczną trudnością w usłyszeniu Boga jest zbyt szybki tryb życia. To, co kiedyś dokonywało się na przestrzeni wieków, dziś dokonuje się w ciągu dziesięcioleci. Dlatego człowiekowi trudno zaadoptować się w takich warunkach i ocenić swoją własną historię.

                Inna poważną trudnością w szukaniu, rozeznawaniu i pełnieniu woli Bożej jest także pewna płytkość duchowa i religijna, brak głębszego wewnętrznego doświadczenia Boga oraz brak wyczucia siebie samego. To właśnie płytkość sprawia, iż człowiek próbuje w dość dowolny i przypadkowy sposób interpretować postrzegane impulsy i odczucia wewnętrzne, tak jakby były one jego osobistym wytworem i osobistą własnością. Często w takim Staniek człowiek upada wpada w pułapkę pewnej naiwności duchowej, która myli to, co przyjemne, z tym, co dobre, oraz to, co przykre i bolesne, z tym, co nie dobre. Nie wystarczy odwołać się tylko do spontanicznego, subiektywnego odczucia, aby uznać jakiś nasz impuls, natchnienie, uczucie za Boże natchnienie.

                Sam fakt, że zauważymy wyżej wymienione utrudnienia w wsłuchiwaniu się w wolę Bożą pomoże nam stworzyć wokół nas klauzurę – przestrzeń, obiektywność, która odsunie nas od tego, co tworzy codzienność, a co nie koniecznie jest dobre. Uważne ocenianie własnych doświadczeń i uzupełnianie swojej codzienności o takie elementy jak: prawda, dobro, zaangażowanie, wola Boża pomoże nam bardziej świadomie wejść w zamysł Boga i odnaleźć w Nim własną tożsamość.

Co to znaczy doświadczyć Boga.

                Niemieckie słowo erfahrung – „doświadczenie” pochodzi od Fahrem, rei sen – „jechać, podróżować”. Kto udaje się w podróż, kto wychodzi z siebie, kto ucieka ze swojego ciasnego więzienia, kto jest gotowy wyruszyć do nowych krajów, ten może czegoś doświadczyć. Doświadczenie  wymaga więc wewnętrznego otwarcia się, aby przyjąć to, co nowe.

- nie może być doświadczenia bez zainteresowania. To, czy jakieś spostrzeżenie albo jakieś przeżycie stanie się doświadczeniem, zależy od mojej wewnętrznej otwartości i od zgody, żeby spotkało się ze mną i dotknęło mnie to, co wychodzi mi naprzeciw. Doświadczenie zakłada chęć wejścia w kontakt z tym, co przeżywam, i z tym, co lub kogo spotykam.

- ten, kto chce czegoś doświadczyć, musi się zdobyć na odwagę. Kto udaje się w podróż, ten ryzykuje. Łacińskim odpowiednikiem „doświadczenia” jest słowo experientia. Pochodzi ono od experiri i oznacza: „próbować, wystawić na próbę, zdać się na coś, sprawdzać, spierać się z kimś”. Doświadczenia gromadzi ten, kto wykonuje eksperymenty, podejmuje próby i wyciąga z nich wnioski. Kto chce zebrać doświadczenia, ten musi je porównać z tym, czego już doświadczył. A potem należy doświadczenie zinterpretować.

                Widzimy, że doświadczyć to nie tak, jak zwykle nam się to jawi – poczuć Boga. doświadczyć to być zainteresowanym i ryzykować. Pójście za Bogiem z chęcią wsłuchiwania się w Jego Słowa musi wypływać z naszego zainteresowania tym Słowem i podjęciem prób, by Ono stało się dla nas przewodnikiem po ścieżkach codzienności.

Człowiek wciąż szuka Boga.

                Często mówimy o tym, jak bardzo chcielibyśmy usłyszeć Boga, realizować Jego wolę. Jednak warto, abyśmy co pewien czas, weryfikowali swoje życie, szukając odpowiedzi na pytanie: „Czy rzeczywiście szukam Boga?” Chrześcijaninem nie jest ktoś, kto już Boga znalazł, lecz człowiek szukający Go przez całe swoje życie. Człowiek szuka Boga, ponieważ Bóg wcześniej szukał jego.

                Szukać Boga (Jego głosu) – to szukać prawdziwego życia, nie zadawalać się tym, co powierzchowne, czerpać radość z życia. Jednym słowem: chcieć żyć. Kto szuka Boga, ten pragnie znaleźć w Nim nowe życie, nową jakość życia, a nawet odkryć nową własną tożsamość. Szukać Boga – to ciągle na nowo pytać o Niego. Tylko Bóg jest odpowiednią, która przynosi sercu pokój.

                Szukać Boga znaczy również: zadawać sobie właściwe pytania. Ludzi zawsze niepokoiły takie fundamentalne pytania: Kim jestem? Skąd pochodzę? Dokąd idę? Jeżeli wgłębimy się w te pytania, to dotrzemy do Boga. kiedy będę wciąż się dopytywał: kim ja jestem, to stracą wtedy znaczenie wszystkie powierzchowne odpowiedzi. Gdy będę szukał mojego <<ja>>, dotrę ostatecznie do moich podstaw, które mnie przewyższają. I tam spotkam Boga, a On wskaże mi moją tożsamość. Być <<ja>> wymaga oderwania się od własnych emocji. Każdy z nas szuka światła swego istnienia, dotrze do Boga, w którym odnajdę odpowiedź na pytania o cel mojej drogi. Człowiek w pełni będzie realizować swoje życie, gdy Pojdzie za najgłębszą w sobie tęsknotą, a wskaże ja sam Bóg. Dopiero, gdy moja „codzienna droga” znajdzie kres w Bogu, moje serce osiągnie ukojenie.

                Szukać Boga znaczy również: dać się zakwestionować przez Boga; wsłuchać się w pytania, które Bóg do nas kieruje. Nie wolno nam szukać Boga tak, jak szuka się jakiejś rzeczy, którą możemy zdobyć, i nie wolno o Niego pytać jak o przedmiot, o którym zdobywa się w końcu informacje. Powinniśmy zaś pytać o Boga jak ludzie, do których wcześnie sam Bóg skierował pytanie: czy naprawdę jesteśmy ludźmi, kim w istocie jesteśmy i czy to, co robimy, godzi się robić? Szukanie Boga zakłada wysiłek stawania się autentycznym człowiekiem. A to oznacza, że nigdy nie zadowolimy się tym, co osiągnęliśmy. W drodze do Boga nigdy nie możemy zatrzymać się i odpocząć. Boga może szukać tylko ten, kto staje przed własną prawdą i pozwala, żeby go Bóg z tą prawdą skonfrontował.

                Musimy szukając Boga nieustannie spoglądać na krzyż, nie zważając na przykrości, które nam się przytrafią i biec aż dotrzemy do Ukrzyżowanego. Każdy z nas musi wyczuwać ślady Boga. Jego szukanie nie zawsze jest spacerkiem. Prowadzi ono przez ciernie i urwiska. W czasie tej drogi możemy wciąż odnosić rany. Możemy mieć wrażenie, że idziemy nadaremno. Nie możemy jednak zrezygnować, musimy iść śladem, który czujemy iść tak długo, aż rzeczywiście znajdziemy Boga. Tutaj, na ziemi, możemy tylko się obudzić ze snu i wstać, aby podjąć poszukiwanie.

                Przyczyną, dla której szukamy Boga, jest to, że On już nas szukał i dotknął swoją miłością, że włożył w nasze czucie ślad swojej miłości. I teraz nie możemy już nie „wstać”, ciągle na nowo i nie szukać umiłowanego naszej duszy. Szukanie Boga jest zatem historią miłości. Nasza tęsknota za miłością Boga spełni się dopiero w chwili śmierci, kiedy ostatecznie znajdziemy Boga. jeśli porzucimy poszukiwanie Boga – będziemy zachwycać się błyskotkami, płytkością.. tylko wtedy, kiedy szukamy Boga, nasza żywotność, nasza dusza żyje.

                PnP 3,1-2   Na łożu mym nocą szukałam umiłowanego mej duszy, szukałam go, lecz nie znalazłam.  Wstanę, po mieście chodzić będę, wśród ulic i placów, szukać będę ukochanego mej duszy. Szukałam go, lecz nie znalazłam.

                Kiedy czytamy pisma św. Jana znajdujemy wiele określeń – Chrystus jest życiem, światłem, prawdą i drogą... Jest Tym, który otwiera ludziom oczy, aby poznali rzeczywistość Boga. Pierwszy list św. Jana zaczyna się słowami, które warto przemyśleć: (1,1-3) – „[To wam oznajmiamy], co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce - bo życie objawiło się. Myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam życie wieczne, które było w Ojcu, a nam zostało objawione - oznajmiamy wam, cośmy ujrzeli i usłyszeli, abyście i wy mieli współuczestnictwo z nami. A mieć z nami współuczestnictwo znaczy: mieć je z Ojcem i Jego Synem Jezusem Chrystusem.” Według św. Jana, to zmysły pozwalają uczniom prawdziwie rozpoznać Jezusa. Wiadomo, że przywilejem uczniów było to właśnie: Jezusa oglądać, słuchać i dotykać… Nas jednak zobowiązują słowa: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20,29). Od Bonawentury i Ignacego Loyoli przyjmuje się, że zmysły cielesne pośredniczą w duchowym doświadczaniu. Jeżeli dla nas ludzi doświadczenie Boga jest możliwe tylko wewnątrz naszego świata, to wynika stąd, że Boga doświadczyć możemy tylko poprzez nasze zmysły. Dlatego należy wyostrzyć nasze zmysły, abyśmy mogli wyczuć Boga.

PATRZENIE

                Wczesny Kościół tajemnicę wcielenia traktował jako fakt, że Bóg objawił się w widzialnej postaci i dał się oglądać ludziom. I wtedy to, kiedy oglądamy w Chrystusie wspaniałość Boga, jesteśmy wprowadzeni w tajemnicę Boga, stajemy się uczestnikami boskiej natury (2 P 1,4). Dla Greków istotną cechą Boga jest to, że może być widzialny. Słowo Theos – Bóg, pochodzi od theastai = „być widzialnym”. Kiedy zatem oglądam Boga, staję się z Nim jednością, odbicie Boga odbija się na moim obliczu.

                Gothe określa człowieka jako strażnika na wieży: „ Urodzony, aby patrzeć, powołany, aby widzieć”. Naszym najgłębszym powołaniem jest to właśnie, abyśmy tak patrzyli na świat, żebyśmy dostrzegli w świecie Boga w Jego niezgłębionej tajemnicy. Kiedy dobrze się przyglądamy, widzimy ostatecznie we wszystkim Boga jako właściwą podstawę wszystkiego. W widzeniu otwiera się przed nami tajemnica Boga, człowieka i stworzenia. Ważne jest to jak patrzymy. Jeżeli spoglądamy na świat tylko jednym okiem, które ocenia, dzieli, wylicza, to widzimy tylko poszczególne rzeczy obok siebie. Kiedy jednak cali jesteśmy okiem, wtedy jednoczymy się z tym, co oglądamy. I wtedy widzimy w tym, co oglądamy, przyczynę wszelkiego bytu.

                Adoracja eucharystyczna przemienia patrzącego. W tym kawałku chleba widzimy tajemnicę Jezusa Chrystusa, Jego pełną miłości ofiarę na krzyżu. I widzę wtedy podstawę świata, którą jest światło i miłość. Kielich i Hostia ukazują tajemnicę zbawienia. W podniesionej Hostii ukazuje się Jezus, który – jak chleb – daje się za nas łamać na krzyżu. A w Kielichu widoczna staje się miłość, która wypływa z przebitego Serca Jezusa.

SŁUCHANIE

                Słuchanie prowadzi do posłuszeństwa. W teologii żydowskiej, słuchanie słowa Bożego było centralnym punktem wiary. Bóg jest dla Żydów przede wszystkim Tym, który w historii nie przestaje mówić do ludu i do poszczególnego człowieka. Słuchanie i posłuszeństwo prowadzą do nowego działania. To, co mówi Bóg, musi zostać wykonane. Również dla ewangelistów słuchanie Słowa było centralnym miejscem doświadczenia Boga. Za św. Pawłem przyjmuje się, że wiara rodzi się ze słuchania! I wiara wymaga zawsze również posłuszeństwa właściwego wierze.

                Słuchanie łączy się z wewnętrznym poruszeniem. Słuchając innych, mam udział w ich emocjach. A gdy wzajemnie słuchamy siebie, nasze emocje są pobudzane tak, aby wprawiły nas w ruch. Ostatecznie jednak, gdy słuchamy Słowa Bożego, chodzi o to, abyśmy otrzymali również udział w uczuciach Boga, dali się dotknąć przez Boga w naszym sercu.

                Słuchamy nie tylko słów i ich treści; słuchamy też i przede wszystkim tego, w jaki sposób coś zostało powiedziane. Ton czyni muzykę. W słowach potrafimy dosłyszeć zamiar, bliskość albo dystans, miłość albo oziębłość, zrozumienie albo zamknięcie w sobie. Aby komunikacja się udała potrzeba dobrego nasłuchiwania nie tylko słów, lecz i tego, co zawiera się między słowami; potrzeba nasłuchiwania  zamiaru, emocjonalnego nastawienia mówiącego. Gdy rozmowa się udaje, gdy potrafimy wzajemnie się wysłuchać – może to stać się również doświadczeniem Boga, bowiem dotykamy w takiej rozmowie czegoś, co nas przewyższa. Dochodzi w niej do porozumienia. Dokonuje się cud zrozumienia. I w tym cudzie rozbłyska coś z tajemnicy Boga.

                Jeżeli coś mówię, to pokazuje coś, wskazuje coś, aby ktoś inny również mógł to zobaczyć. Mówiący ukazuje nie tylko coś, lecz również samego siebie. A słuchanie oznacza uczestnictwo, udział w drugim człowieku. Świat pełen jest brzmienia. Rozbrzmiewa w nim słowo Boże. ale my nie potrafimy dosłyszeć tej pieśni w stworzeniu, ponieważ nasze uczy pełne są hałasu istniejącego wokół nas lub hałaśliwych myśli w nas. O tym, że Bóg istnieje, jest głosem, mówi nam Stary Testament. Ale głosu Boga nie można zazwyczaj usłyszeć bezpośrednio, lecz jako „głos we wszystkich głosach świata i człowieka”.

                Wsłuchując się w świat, słyszymy także dotknięcie i poruszenie Boże, słyszymy nastrój Boga. Ostatecznie, kiedy cali zamieniamy się w słuch, słyszymy, jak Bóg się czuje.

                Kto chce znaleźć Boga we własnym sercu, ten może nasłuchiwać wewnętrznym uchem cichych impulsów w swojej głębi. Wsłuchaj się w siebie! Słuchaj siebie, poddaj się sobie! Słuchanie musi iść w parze z poddaniem się, wtedy należymy do tego, czego słuchamy. To, co zostało usłyszane, wchodzi w słuchającego człowieka i takie wejście zawsze podobne jest do miłosnego przenikania. Jeśli cali zamieniamy się w słuch i słuchamy całym ciałem – pozwalamy Bogu, aby On sam w nas wniknął, pozwalamy boskiemu brzemieniu przeniknąć nasze ciało i duszę. Naszym zadaniem jest przebić się zmysłem słuchu prze to, co powierzchowne, aby dosłyszeć we wszystkim ukrytą harmonię, aby we wszystkich głosach i za wszystkimi głosami usłyszeć głos Boga. aby móc tak słuchać, musimy w milczeniu nastroić instrument naszego ucha.

                Głos Boga rozbrzmiewa w stworzeniu, rozbrzmiewa we wszystkim, co dociera do naszego ucha, w wietrze, szmerze strumienia, deszczu, w śpiewie ptaków. Chodziłoby o to, aby w głosach stworzenia dosłyszeć nastrój świata i przeczuć w nim Boga. głos Boga dochodzi do mnie jednak przede wszystkim w słowie. Mogą to być słowa wewnętrzne głosy mojego serca, mojego sumienia. Mogą to być również słowa, które słyszymy we śnie. Bo i w takich słowach Bóg może się do nas zwracać. Powinniśmy je traktować poważnie, wprawdzie nie jako absolutne słowa Boga, lecz jako wewnętrzne podszepty, na które trzeba zwrócić uwagę.

                W Biblii Bóg wypowiedział do nas swoje słowo. Kiedy słuchamy słowa Bożego uchem swojego serca, wtedy może mi się w słowie Bożym otworzyć serce Boga. i wtedy słowo nie jest już informacją, nad którą się zastanawiam, lecz jest komunikacją, udzieleniem się. Sam Bóg udziela mi się w swoim słowie. I w tym Słowie wyczuwam coś z tajemnicy jego Osoby. Kiedy nie roztrząsam tego słowa, lecz pozwalam mu wejść do mojego serca, kiedy je smakuję i kosztuję sercem, wtedy przenika ono moje emocje i rodzi poczucie dotknięcia przez radość i ufność. Muszę pozwolić Słowu Bożemu rozbrzmiewać w moim sercu, aby swoim brzmieniem uradowało i uzdrowiło moje ciało i moją duszę.

MÓWIENIE I ŚPIEWANIE

                Wielu ludzi wypowiada słowa modlitwy i nie jest wstanie podążać myślą za tym, o co się modlą. Albo zastanawiają się, co właściwie mówią i jaki to ma sens. Jednakże kiedy wypowiadamy Słowa Pisma Świętego, one oddziaływają na nas. Kontaktują nas z Bogiem.

                Dla świętego Augustyna śpiew jest sposobem wzbudzenia własnej tęsknoty. Jest ono równocześnie wyrazem miłości i jej pomnożeniem w nas. W śpiewie możemy wznieść nasze serce do i tak się usposobić, żeby On dotknął naszego serca. Śpiew może rozpalić uczucie do Boga. Według Biblii są dwie najważniejsze reakcje człowiek na bliskość Boga – to radość i miłość. Ojcowie duchowni mówią, że radość i miłość są już przygotowane w naszym wnętrzu, one tam już mieszkają, tak samo jak Bóg mieszka  głębi naszego serca. Jednak my często jesteśmy odcięci od naszej radości, ponieważ widzimy tylko to, co negatywne w naszym życiu. Odcięcie też jesteśmy od naszej miłości, ponieważ wypatrujemy tylko takich ludzi, którzy będą nas tak kochać jak sobie to wyobrażamy. Śpiewając, spotykam się z radością i miłością, które są w nas. W ten sposób możemy spotkać się również z Bogiem, który w nas mieszka i objawia się w naszym sercu jako radość i miłość. Dla Augustyna śpiew jest drogą do wnętrza, do wewnętrznej przestrzeni serca, do sfery ciszy, w której mieszka w nas sam Bóg. Ze śpiewu wspólnoty można wyczuć, czy tworzący ją ludzie tylko coś odśpiewują, czy też wierzą w to, co śpiewają. Śpiewanie wymaga dbałości o to, aby Słowo Boże mogło być słyszane w swoim czystym brzmieniu i wniknąć do serc ludzkich.

WĄCHANIE I SMAKOWANIE

                Woń pochodzi od spalania się. Zawsze łączy się z jakąś przemianą. Drewno, paląc się, wydziela swoisty zapach, swoistą woń. Drobina kadzidła roztacza swą woń dopiero wtedy, gdy się spali. Zatem wąchanie, odbieranie zapachów ma zawsze coś wspólnego z przeczuwaniem tajemnicy, tajemnicy przemiany.

                W zapachu natury przeczuwamy coś z żywotności, z przemijania, z jasności, z pełni. W każdym zapachu wchłaniamy w siebie coś z pełni i tajemnicy Boga.

                Ludzie przyciągają nas swoim zapachem. Ich zapach dotyka czegoś w naszej duszy. Ludzie, którzy są napełnieni Bogiem, roztaczają przyjemną woń. Św. Paweł mówi, że chrześcijanie są „miłą wonią Chrystusa”. Kto jest napełniony Chrystusem – w znaczeniu, o którym mówi św. Paweł – ten ma promieniowanie, w którym ludzie czują się dobrze. Emanuje z siebie tą miłością, którą Duch św. wlał w niego.

                Według rzymian, mądrość bierze się z właściwego smakowania. W języku łacińskim sapientia (mądrość) pochodzi od sapere (smakować). W Eucharystii smakujemy Jezusa Chrystusa spożywając Chleb i pijąc wino. Biblia zachęca nas do: „Skosztujcie i zobaczcie, jak dobry jest Pan” (Ps 34,9). Chrystus chce nas dotknąć, tak jak kiedyś dotykał i przez to uzdrawiał ludzi. Spożywanie i picie jest intensywnym kontaktem. Jednoczymy się wtedy z Chrystsuem, a przez Niego z Bogiem. Ale nie każda Komunia staje się dla nas doświadczeniem Boga. kiedy jednak całkowicie oddamy się spożywaniu i piciu, kiedy cali wejdziemy w smakowanie, wtedy możemy przeczuć, co znaczy zjednoczenie z Bogiem. Dać siebie jako pokarm – to najwyższy wyraz miłości. W języku miłości mówi się przecież, że bardzo chciałoby się „zjeść” drugą osobę. Jeśli w spożywaniu i piciu smakuję największą miłość Jezusa – może się  to stać głębokim doświadczeniem Boga.

DOTYKANIE

                Słowo stało się Ciałem – może być dotykane ludzkimi rękoma. Jan używa greckiego słowa pselaphao, kojarzy się ono z dotykaniem przez niewidomego: dotykiem szuka on czegoś w ciemnościach, bada coś swoimi rękoma, aby to poznać i odczuć. Również św. Paweł powiedział na Areopagu: „Aby szukali Boga, czy nie znajdą Go niejako po omacku. Bo w rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas.” (Dz 17,27). Bóg – tak uważają Grecy – daje się nam dotknąć w swoim stworzeniu, ponieważ wszystko, czego dotykamy, jest wypełnione Bogiem. Przez dotyk wyczuwam jakość rzeczy. I wyczuwam jak rzeczy wzbudzają w nas uczucia. „Dotykać” znaczy równocześnie, poruszać. Ale to, co ja poruszam, porusza i mnie, wprawia we mnie coś w ruch, rozbudza w nas emocje, dociera do naszego serca. W ten sposób dotykanie łączy się z uczuciem, z wewnętrznym wzruszeniem. Od zmysłu dotyku prowadzi wprost droga do wewnętrznego wzruszenia serca, do nastroju człowieka.

                Dotykanie tworzy kontakt, a nawet więcej niż kontakt. Pozwala mi stać się jednością z tym, czego dotykam, dzielić jego nastrój. Dotykając drugiego człowieka, stykam się również z samym sobą. Odczuwam siebie w nowy sposób. Uczniowie, kiedy dotykali Jezusa, dotykali też Boga. teraz nie możemy już dotykać Jezusa jako konkretnego człowieka. Jednakże zmysł dotyku pozostaje również i dla nas ważnym miejscem, w którym możemy doświadczyć Boga.

                Kiedy ja dotykam, wtedy i mnie dotyka serce drugiej osoby i porusza mnie jej miłość, która przepływa między nami w obydwu kierunkach. Jeżeli dwie osoby dotykają się delikatnie i troskliwie, to ostatecznie zawsze dotykają tajemnicy Boga, tajemnicy boskiej miłości, która przejawia się w miłości ludzkiej. Wtedy miesza się w nich własna miłość z miłością drugiego człowieka, a ostatecznie z miłością Boga. warunkiem jest tylko, żebym dotykał całym sobą i uwierzył w miłość Boga, który przez dotyk płynie ku mnie. Gdy nie kocham człowieka, którego dotykam, wtedy dotknięcie pozostaje puste, wtedy nic nie porusza się w moim sercu. Miłość Boga mogą doświadczyć poprzez dotykanie jego stworzenia tylko wtedy, kiedy w to dotknięcie włożę miłość i tęsknotę i kiedy pozwolę się dotknąć przez miłość Bożą. Dotykanie wymaga zawsze głębokiego szacunku, wyczucia tajemnicy tego, czego dotykam, bo ona wskazuje mi na tajemnicę Boga.

                Ważnym aspektem dotykania są modlitewne gesty. Chrześcijanie znaczyli się krzyżem już w pierwszym wieku. Wyryli niejako krzyż na sobie. Niemieckie słowo segnen (błogosławić, czynić znak krzyża) pochodzi od łacińskiego secare – wyryć, wyciąć. Znakiem krzyża rzeźbimy w sobie miłość Boga. jest to bardzo delikatne dotknięcie siebie. Ale w tym naszym dotknięciu siebie dotyka nas – jak wierzymy – sam Bóg swoją miłością, która stała się człowiekiem.

                Dotykamy siebie również przy złożeniu rąk. Ściskamy, razem ręce i czujemy, jak między nimi powstaje ciepło. W tym geście dotykamy ciepła boskiej miłości, która przenika nasze ciało. Wiele osób w trakcie modlitwy, czy po Komunii św. trzyma ręce na twarzy. Czynią tak nie tylko po to, aby się całkowicie skupić, wejść w siebie, lecz także – aby wyrazić w ten sposób świadomość otrzymania od Jezusa miłosnego wsparcia w Komunii. Chcieli odczuć na swojej twarzy ciepło troskliwego i kochającego Serca Jezusa. Tak jak dwie kochające się osoby muskają swoje wargi, tak samo ludzie, którzy tak postępują chcą musnąć na swojej twarzy miłość Jezusa.

                Położeni ręki na czyjejś głowie to kolejny gest dotykania. Jeżeli ktoś włoży na nas podczas modlitwy, błogosławieństwa rękę na głowie, wtedy doświadczamy nad sobą ochraniającej i ożywiającej ręki Boga. poprzez ręce człowieka może spłynąć na nas uzdrawiająca moc Boga. dlatego położenie ręki jest gestem o wielkiej intensywności, która dla wielu osób stała się ważnym doświadczeniem Boga.

                Jest też zwyczaj znaczenia czoła krzyżem w momencie pożegnania. Dla wielu jest to nie tylko wyraz miłości. Mogą w tym geście wyczuć, że Bóg towarzyszy im z miłością i troskliwością. Znakiem krzyża przekonujemy inną osobę, że wszystko w niej jest dobre i że należy ona całkowicie do Boga, że nie stoi nad nią żadne król ani cesarz, że nie musi spełniać oczekiwań rodziców albo społeczeństwa, ale że może żyć jako człowiek wolny i kochany przez Boga.

Jeżeli zanurzymy się całkowicie w którymś ze zmysłów, to poprowadzi on nas do Boga.

 opr. na podstawie książki Anselma Gruna - kiom

 

 

 

 

 

 

 

 

  menu główne

 

(c) ks. Dominik Poczekaj (+DC)